Pomóż zwierzakom przekaż swój 1%

Walka Izabeli o zdrowie i życie swojego psa !!

Rapsani pies który chce żyć i będzie żyć!! Jak już wiecie z wcześniejszego naszego wpisu na facebook'u ruszyło wydarzenie pt "POMOC DLA RAPSANIEGO, bo nasi Przyjaciele w takich chwilach nie powinni być sami...POMÓŻMY" poprosiliśmy Panią Izabele, żeby opisała nam całą historię jak to wszystko wyglądało.

Tak więc usiądźcie wygodnie i przeczytajcie sobie zmagania Izabeli!

- Polecili nam Państwa hodowlę w wielu miejscach, czy macie Państwo jeszcze szczeniaczki?
- Został nam jeden piesek.
I tak mała czarna kulka trafiła do nas w wieku 3 miesięcy i 10 dni. Po wielu tragediach, jakie dotknęły moją rodzinę, pojawienie się małego pieska miało rozpocząć to NOWE, LEPSZE, dające NADZIEJĘ życie… Piesek kuleje już pierwszego dnia, po wyjściu z samochodu. Na pytanie „co się dzieje??” dostajemy odpowiedź od hodowców „ta rasa tak ma, krzywo rośnie, najwyraźniej zdrętwiała mu nóżka w podróży”. Mija miesiąc, pies zaczyna kuleć stale, czyżby nóżka była nadal zdrętwiała??? Pierwsza wizyta w klinice weterynaryjnej (do której jeździliśmy od 30 lat), pierwsza diagnoza: silna dysplazja stawów łokciowych, operacja na cito. Operacji się nie podjęłam… 4 miesiące piesek.. operacja?! Co ze szczenięcym szaleństwem? Co z zabawami? Od tego dnia piesek nie jest spuszczany ze smyczy, a ta nie jest dłuższa jak metr. Szukamy innego fachowca. Inna hodowczyni nowofundlandów poleca nam swojego weterynarza. Ten wyklucza dysplazję, stwierdza młodzieńcze zapalenie kości i zaleca głodzenie psa. Pies głodzony nie jest, ale ograniczenie jedzenia nie przynosi żadnych zmian… W wieku 7 miesięcy piesek trafia na rehabilitację, która od tego momentu staje się jego codziennością. Korzystamy z bieżni wodnej (fizykoterapia nie jest zalecana dla młodych psów). Fizjoterapeutka na widok naszego niufka robi minę, która nie pozostawia nam złudzeń. Jest bardzo źle. Jedziemy do poleconego przez nią weterynarza, który potwierdza drastyczną dysplazję łokci, w lewym stawie OCD, jednak operacja ma nic nie pomóc… po hodowcach ślad zaginął, nie odpowiadają na maile i nie można się do nich dodzwonić. Opisuję swój problem na forum molosy.pl i zostaję okrzyknięta wyrodnym właścicielem psa, który sam doprowadził go do tego stanu. Jestem na skraju rozpaczy… znikąd pomocy… Leki przeciwbólowe i bieżnia chwilowo pomagają. W tym samym czasie podejmuję naukę w niepublicznym centrum kształcenia, chcę zdobyć wszelką wiedzę i uprawnienia do wykonywania zawodu zoofizjoterapeuty, abym sama mogła rehabilitować swojego psa w profesjonalny sposób. W międzyczasie odzywają się hodowcy wpierw z oburzeniem, potem symboliczną pomocą, był to zarazem ostatni raz, kiedy zainteresowali się swoim psem. Okazuje się również, że chory jest cały miot. Na zajęciach fizjoterapii zostaje mi wskazany weterynarz, który na pewno mi pomoże. Rapsani przechodzi operację wycięcia wyrostka dodatkowego łokciowego z lewego stawu… rehabilitacja pochłania większość mojego czasu: masaże, ruchy bierne, zimnolecznictwo, terapia ruchowa, ogrom leków, suplementów. 2 miesiące po pierwszej operacji strzela w prawej, tylnej kończynie więzadło krzyżowe doczaszkowe. Kolejna operacja. Niestety… od tej pory zaczyna się piekło. Pies fatalnie przechodzi narkozę, zostaje nam wydany niewybudzony. Pod domem pół godziny płaczę z moją mamą nad stworzeniem, które wyje, jak tylko go się dotknie, nie wiemy jak wyjąć go z samochodu, nie mamy nikogo poza sobą, kto mógłby nam pomóc. Po czasie udaje nam się wyciągnąć go z samochodu i zanieść na posłanie. Noc jest koszmarem: ból… i jeszcze więcej bólu. W pewnym momencie psychicznie nie daję rady, rozkładam ręce i proszę o jakikolwiek znak, że to, co robię to jeszcze pomoc, a nie znęcanie się nad ukochanym stworzeniem. Odpowiedź przychodzi do mnie w tej samej sekundzie… na swoich dwóch łapkach z misiem w pysku i nadzieją w oczach „mamo, ja tu jestem jeszcze, walczmy, ja chcę!!!” Kolejny tydzień czuwam na ziemi obok psa, aby pomagać mu wstać, pod skórą robi się torbiel, dopiero po jej oczyszczeniu pies przestaje cierpieć. Rozpoczynamy rehabilitację od nowa: na przód i tył. Co drugi dzień jeździmy z psem na przemian to nad jezioro, aby pływał, to na plażę, aby ćwiczył propriocepcję. Codziennie ruchy bierne, czynne, wspomagane, zajęcia ruchowe, masaże, ciepło i zimno lecznictwo, światłolecznictwo. Jeździmy na lasery i magnetoterapię do centrum rehabilitacji. Są momenty, że jemy w domu suchy chleb, bo leczenie psa jest ważniejsze. Niestety, tylna łapa nigdy nie odzyskuje sprawności... Rapsani kończy 18 miesięcy i po raz pierwszy w życiu biegnie! Po raz pierwszy idzie bez smyczy! W styczniu br. piesek zostaje poddany leczeniu komórkami macierzystymi. Te powodują totalne załamanie. Dwa miesiące później leczenie metodą IRAP. Zero poprawy… Rehabilituję psa sama, jestem już po egzaminach, sprzęt jest w mającym niedługo otworzyć się gabinecie. Cały czas istnieje ryzyko zerwania więzadła w ostatniej, działającej kończynie. Pies kuleje na przód i na tył. Jednak mimo to ciągle walczy, ciągle jest zadowolony, merda ogonem, chce się bawić. W jego życiu pojawia się drugi nowofundland, który nadaje mu jeszcze więcej sensu! Pies odmłodniał, jest zmotywowany! Kilka miesięcy później drugi, również nowofundland. Rapsani jest szczęśliwy, biega, są momenty, że nawet nie kuleje. Jedzie nawet na wystawę klubową nowofundlandów w roli obserwatora i dorównuje kroku innym pieskom! Jestem szczęśliwa…. Do czasu.. w zeszły poniedziałek (25.listopada) traci ostatnią działającą sprawnie łapkę… w prozaiczny sposób zrywa więzadło i nie jest w stanie się podnieść.. nie może iść. Jestem zrozpaczona, niemoc, jaka mnie ogarnęła spowodowało, że załamałam się do reszty. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie tego poczucia bezradności, poczucia, że się zawiodło, że nie ma ratunku.. pies nie jest w stanie żyć, nie mając żadnej sprawnej kończyny… Weterynarz, który miał nas w opiece opuszcza głowę, dając mi do zrozumienia, że to już chyba koniec. Rozpacz… Pojawiają się telefony od znajomych właścicieli nowofundlandów „ Nie załamuj się! Uratujesz go! Znowu dacie radę, ale nie wolno się Tobie poddać!”… nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, że jedyna szansa dla tego pieska to operacja metodą TTA, na którą mnie po prostu nie stać… było mi wstyd, że nie mogę pomóc przyjacielowi… tak prozaiczna rzecz, jak pieniądze ważyły nad życiem MOJEGO PRZYJACIELA!!! Koszt takiej operacji to 4000zł… dla mnie obecnie nierealne… Nie powiem jak do tego doszło, bo nie pamiętam z nerwów, przejęcia i pełnego niedowierzania w to, co się stało w ciągu godziny.. dwóch? Pisze do mnie Katarzyna i prosi o zdjęcie Rapsa, bo będzie zbierać pieniążki… myślę sobie, że to nierealne… dlaczego ktoś miałby dla nas chcieć to zrobić? Na facebook’u pojawia się wydarzenie z moim psem… w ciągu kilku godzin pojawiają się dziesiątki.. .setki osób, które zaczynają nas wspierać… piszą ludzie z Polski… z zagranicy! Zostaje nam udostępnione konto od fundacji, która sama potrzebuje pieniążków najbardziej… Schronisko „Psitul Mnie” otwiera przed nami serce i umożliwia zbiórkę pieniążków. Znów zaczynam płakać… jednak tym razem ze wzruszenia… Dzieci ze szkoły, która jest na drugim końcu Polski, malują dla Rapsa laurki z tym, czego mu życzą: zdrowia, biegania po łąkach, pełnej miseczki, która ma się jeszcze długo cieszyć, spacerów… Przez całe cierpienie Rapsa byliśmy sami… teraz dzieje się coś magicznego, coś czego nie jestem w stanie zrozumieć, pojąć zmysłami, ale odzyskuję wiarę w dobro. Rapsani porusza serca setek ludzi na całym świecie… Decydujemy się na operację w Grudziądzu u dra Mederskiego. W grę wchodziły jeszcze Czechy, jednak droga z obolałym Rapsem aż tak daleko nie była możliwa – jesteśmy z Trójmiasta. Dodatkowo liczył się czas! Dr Mederski wyznaczył nam termin na piątek, 29 listopada. To ja wybrałam metodę operacji i walczyłam o nią, bo tylko ona daje możliwość obciążania kończyny już w dobę po zabiegu.. jednak przy problemach Rapsia nie liczyłam na to… byłam raczej sceptycznie nastawiona. Rapsani przechodzi operację, wieczorem dostajemy telefon, że piesek wybudził się i możemy go odebrać następnego dnia. Tego, co zobaczyłam dnia następnego, nie zapomnę do końca życia… Rapsani wyszedł do nas na swoich WSZYSTKICH czterech łapkach, a rano był na spacerze… Czułam, że ogarnia mnie radość, wzruszenie, chciałam płakać ze szczęścia, ulga, zaczęło mi się kręcić w głowie. Mój pies szedł na wszystkich czterech łapkach dobę po operacji!! SZEDŁ! A jeszcze 4 dni temu stał na krawędzi! Dziś mija drugi dzień od operacji, a Rapsaniego ciężko utrzymać na szelkach, chce iść! Wstaje bez problemu! Teraz koncentrujemy się na rehabilitacji i tym, że chyba do końca życia nie odwdzięczymy się za to, co zrobili dla nas obcy nam ludzie… za serce, zaangażowanie, za WSZYSTKO! Mam nadzieję, że rehabilitacja przyniesie oczekiwane rezultaty i piesek szybko odzyska sprawność, do gabinetu nie ma daleko, musi pokonać jedynie kilka kroczków z pokoju obok :-) Okazuje się, że cuda są możliwe, bo dla mnie to, co stało się w tym tygodniu, TO właśnie cud!! Dobrzy ludzie są na tym świecie, ja odzyskałam w nich wiarę!


Na szczęście wszystko kończy się dobrze, na chwilę obecną zostało zebrane 3950zł w ciągu zaledwie 3 dni (słownie trzy dni), a Rapsani przeszedł już operację, która zakończyła się sukcesem!! Poniżej możecie zobaczyć filmik jak Rapsani pełen radości chodzi o własnych siłach zaraz po powrocie do domu!
https://www.facebook.com/photo.php?v=562264960514408&set=o.553202641424252&type=2&theater

Również należy pamiętać o naszych przyjaciołach z schroniska PSITUL MNIE, którzy bez zastanowienia udostępnili konto na zbiórkę pieniążków!
Dzięki Danusiu i Krzysiu, jak i całej ekipie PSITULA!!


Wszystko kończy się dobrze przez upór Izabeli i dzięki WAM KOCHANYM ZWIERZOLUBOM

Ja z swojej strony chciałbym dodać jeszcze, że BARDZO SIĘ CIESZĘ, ŻE ZNAM TAKĄ WSPANIAŁĄ OSOBĘ JAK KASIA

Trzymajcie się Iza i Raps!!

Nasi partnerzy

Tworzenie stron www i aplikacji Aptus